rodzinkaxl.pl

Tekst znaleziony w necie - taki prawdziwy

na szybko narysowany - nie miałem pomysłu co wstawić.

Organizacja Fabryka Dobra ruszyła z inicjatywą wakacyjną - wyposażmy dzieci z domów dziecka na wyjazdy wakacyjne i spełnijmy marzenia!
Każde dziecko napisało list, w którym opowiada, o co prosi "Drogiego Darczyńcę", a w spisie marzeń możemy znaleźć bidony, latarki, spodnie, bluzy, a nawet skarpetki.

*

Nie chcę się powtarzać, ale kiedy byłam rodziną zastępczą niezawodową i zarabiałam 0 zł na swojej pracy – gdyż zdaniem ustawodawcy opieka nad dziećmi powierzonymi nie jest pracą, o ile odbywa się w rodzinie zastępczej niezawodowej, a nie w placówce – to miesięczne świadczenie na jedno dziecko wynosiło 1057 zł. I nadal wynosi, bo nie jest waloryzowane od lat. Ta kwota każdego roku starczała nam na zagraniczne wakacje na kempingu i krajowe ferie. Na dmuchane pelikany, gumowe żaby i bidony też.

W domach dziecka uśredniona krajowa stawka miesięczna na dziecko wynosi 5044 zł.

Tak, czterokrotnie więcej niż stawka na dziecko w rodzinie zastępczej. Just sayin'.

Kilka domów dziecka biorących udział w tej akcji ma miesięczną stawkę na poziomie 8000-10000 tys/miesiąc/dziecko.

Mimo to nie styka na bidon, wiadomix. Albo styka, ale z jakiegoś powodu uznano, że zachęcenie dziecka do napisania proszalnego listu do darczyńcy w celu uzyskania bluzy Adidas będzie lepszym pomysłem niż kupienie tej bluzy w Decathlonie przez placówkę i zwyczajne danie jej dziecku.

*

Ale to, co napisałam powyżej, to są w sumie oczywistości.

Domy dziecka są potwornie kosztowne, trwonią całą masę kasy, aby utrzymać konieczną infrastrukturę (pensje personelu, konserwacja, opłaty stałe etc.) i przy tych kosztach, jak widzimy, i tak nie są w stanie - lub nie chcą - wyposażyć piętnastolatka w plecak na wyprawę górską.
A przy tym personel placówek wynagradzany jest w sposób raczej gówniany. Pompowanie bizantyjskiej kasy w domy dziecka nie przynosi nawet i takiego efektu, że przynajmniej wychowawcy będą mieć z tego porządne pensje. Nie będą. Nie mówiąc o personelu pomocniczym. W gruncie rzeczy nikt na tym finansowo nie zyskuje.


Wiadomo, znamy to, nic nowego pod słońcem.

*

Ta akcja ruszyła mnie z zupełnie innych powodów.


Pierwszym są właśnie listy. Każdy napisany własnoręcznie. Nic tu nie dzieje się poza wiedzą dzieci, nie ma mowy o dyskrecji działania charytatywnego ani o utrzymywaniu pozorów tzw. okolicznościówki, na przykład zbiórki bożonarodzeniowej, kiedy to spora część Polski angażuje się w przeróżne inicjatywy dobroczynne, a dzieci piszą listy do Mikołaja. Zdecydowana większość dzieci – i tych katolickich, i niekatolickich, i tych z rodzin biologicznych, zastępczych, z domów dziecka pisze wtedy listy. Piszą listy do Mikołaja, bo są dziećmi, a nie dlatego, bo są dziećmi z domu dziecka.

To jednak nie jest okolicznościówka. To są listy do sponsorów pisane w maju. Większość z nich zaczyna się inwokacją:

"Drogi Darczyńco!"

I leci dalej:
- ten rok był dla mnie trudny
- na koniec tego trudnego roku
- staram się być grzeczna i pilnie się uczę
- zawsze bardzo się cieszę z każdego prezentu i jestem ogromnie wdzięczna

Powiecie - 'och, to fajnie, te biedne małe duszyczki doceniają pomoc'.

Myślę jednak, że jest coś bardzo niefajnego w tym, że stworzyliśmy dzieciom z trudnych miejsc sztuczny świat, w którym o plecak i dwie pary podkoszulków prosi się listownie drogich darczyńców. I zapewnia o wdzięczności.

*

Nie wiem, ile listów do sponsorów napisaliście w swoim życiu prosząc o rower i skarpetki, ale mam poczucie, że nie jest to jednak doświadczenie, które uznajemy za normalne czy pożądane w procesie socjalizacji dzieci.
Zaryzykowałabym nawet śmiałą tezę, że gdybyście odkryli, że Wasz nastolatek pisze listy do drogiego darczyńcy prosząc o buty Nike, mogłoby to Was co najmniej zaniepokoić.

*

[To jest pierwszy moment, w którym warto chwilę pomyśleć, czym Wasze osobiste dziecko (albo dziecko, którym kiedyś byliście) różni się od dziecka z domu dziecka. Dlaczego dzieci z klasy średniej nie powinny prosić obcych sponsorów o rower, ale w przypadku dzieci z domów dziecka nas to nie zastanawia? Zupełnie jakby były to różne gatunki dzieci, inne prawa i odmienne przywileje. Procesy wychowawcze też]

*

Jest to także kolejna soczewka, przez którą możemy zobaczyć, na czym polega długoterminowy problem z domami dziecka i czemu placówka zawsze będzie symulakrum prawdziwego życia.

Niby tak samo jak w życiu, ale jednak nie.
Diabeł kryje się właśnie w tym "jednak nie".
I ma to swoje skutki.

*

W normalnym życiu człowiek idzie spać, kiedy chce iść spać, a nie w porze wskazanej regulaminem placówki.
Podgrzewa zupę, kiedy jest głodny, a nie kiedy kuchnia akurat wyda obiad.
A ciuchy i buty kupują mu rodzice, ciotka, dziadkowie, nie sponsorzy. Niekiedy będą to zastępczy rodzice, zastępczy wujek i zastępczy dziadkowie, jeśli dziecko wychowało się w trudnym miejscu i jego rodzina pochodzenia nie była bezpieczna.

*

Dlatego też w normalnym życiu tymi butami czasem będzie obuw z Pepco, a nie paputki Adidasa, ponieważ takie też jest życie. Normalne.
W normalnym życiu połamanego dzieciństwa nie naprawia się imiennymi darami od sponsorów, ponieważ te dary, acz materialnie często cenne, nie są nawet szpachlowaniem krzywd. Są co najwyżej politurą, która ma pomóc dziecku w lepszej mimikrze.
Zewnętrznie pasujesz, od środka wciąż masz Nagasaki chwilę po bombardowaniu.
Niby lepiej pasować niż nie pasować, wiadomo, ale mimikra niczego nie leczy. Jest tylko mimikrą.

Tym, co leczy i co uzdrawia, jest wejście w głęboką relację z bezpiecznym dorosłym, któremu można zaufać. Często jest to pierwszy bezpieczny dorosły w życiu takiego dziecka.
I choć nierzadko nie ma on w zanadrzu markowej kurtki i zestawu do hybryd, to jest dostępny 24/7.
Codziennie.
Na wakacjach, podczas ferii i w ciągu roku szkolnego. Bez dyżurów, bez grafiku zmian w placówce.
Bo jest zastępczą mamą, tatą, ciocią, wujkiem, nie personelem.

*

Zachętę do bycia bezpiecznym dorosłym na stałe cholernie trudno sprzedać jako atrakcyjne działanie pomocowe, choć jest to działanie kluczowe w myśleniu o skutecznym czynieniu dobra na rzecz dzieci. Trudno jest sprzedać zachętę do zostania rodziną zastępczą, rodziną zaprzyjaźnioną, korepetytorem udzielającym lekcji dzieciom z rodzin zastępczych, osobą stałą w życiu dziecka i związaną z nim/nią jakąś formą zależnej odpowiedzialności.
Namowę do zostania drogim darczyńcą – łatwiej.

W rodzinie zastępczej na koniec dnia posagiem ma być takie zaopiekowanie krzywd dziecka, żeby młody człowiek był zdolny do zbudowania emocjonalnej relacji z innymi bliskimi osobami w dorosłym życiu - z partnerem/ką, z własnymi dziećmi. Ale przede wszystkim tym posagiem ma być więź i szeroka sieć społeczna oraz krewniacza.

*

To znaczy spoko - zestaw do hybryd i Adidasy też ważne i fajne, dlatego odkładamy na to kasę i kupimy ci na urodziny.
Bo urodziny i święta są właśnie czasem prezentów w normalnym życiu.
W placówkowym symulakrum normalnego życia tym czasem jest każdy zryw charytatywny, kiedy otwiera się okno na napisanie kartki do sponsora.

*

Rodzinna piecza zastępcza to - poza wszystkimi działaniami terapeutycznymi - również obieranie dziecka z warstw przekonań o tym, że jest inne. Jest biednym dzieckiem z biednego bidula. Dlatego należą mu się różne rzeczy, które dostaje się w nagrodę za dzieciństwo spieprzone przez dorosłych.

Dzieci z bidula szybko uczą się tego, że odpowiedni ton proszalny daje szansę na porządny połów. Bo darczyńcy lubią własnoręcznie napisane listy od biednych dzieci z biednych biduli.
Dzieci z biduli jednak w pewnym momencie kończą 18 lat albo kończą naukę, i wówczas okazuje się, że o ile istnieją biedne dzieci z biednych biduli, to jednak nie ma biednych dorosłych z biednych biduli, do których nadal przyjedzie sponsor.
Biedni dorośli z biednych biduli muszą sobie poradzić sami.

Dorosłość to twardy chleb. Musisz być nagle samodzielny i wiedzieć, jak ugotować zupę i o której pójść spać, choć nie ma już regulaminu ani pań kucharek. Musisz umieć w normalne życie, choć żyłeś tylko w jego symulakrum.

*

32% wychowanków domów dziecka po osiągnięciu pełnoletności wraca do swoich rodzin biologicznych. Nie dlatego, że te nagle doznały cudownego ozdrowienia z chlania, przemocy i ściągania klientów na kwadrat, ale dlatego, bo dorosłe dzieci nie mają dokąd pójść. Ich pokój w domu dziecka nie jest już ich, bo nigdy do nich nie należał. Zajęły go inne dzieci, które piszą teraz listy do drogich darczyńców.

*

Rzadko mówi się o tym, że instytucjonalizacja dzieci jest kradzieżą ich przyszłości.

Okrada je z możliwości utworzenia tak zwanej alternatywnej sieci krewniaczej i społecznej, która się nigdy nie wydarzy, bo dziecko nie trafiło do rodziny, a do placówkowego symulakrum.
W związku z tym w jego/jej życiu nie tylko nie pojawili się zastępczy rodzice, ale nie pojawili się też zastępczy dziadkowie, ciotki, wujkowie, kuzynostwo i rodzeństwo.

Ta sieć społeczna jest tak dobrze znana większości z nas, że aż przezroczysta.

To wujek Marian, którego szwagierka sprzedaje za bezcen piętnastoletnią toyotę, w sam raz dla młodej osoby po kursie prawa jazdy. To kuzynki od Marioli, które jadą do Holandii dorobić przy truskawkach i można jechać wspólną rodzinną ekipą, będzie na ajfona. To ikeowska kanapa, której pozbywa się Grzesiek z Mańkiem, w sam raz na stancję. To obiady u babci, święta u Roberta, tapetowanie ścian u Krzyśków, którzy w rewanżu pomalują nasze mieszkanie. I to też dziadek Heniek, rodzinny król small biznesów, którego znajomy znajomego szuka człowieka na staż, do warsztatu, na budowę.
To jest sieć, która sprawia, ze zawsze masz się gdzie zatrzymać, z kim pogadać, na kim oprzeć w kryzysie, z kim spędzić święta. Sieć chroniąca przed osunięciem w bezdomność.
Sieć dająca społeczny kapitał.

*

0,8% dorosłych dzieciaków z rodzin zastępczych wraca do rodzin biologicznych.
Trzydzieści trzy razy mniej niż dorośli wychowankowie domów dziecka.
Kapitał społeczny, o którym wspomniałam, ma więc także konkretny wymiar procentowy.
Prawie 30% dorosłych dzieci z rodzin zastępczych po prostu dalej mieszka z rodzinami zastępczymi i uczy się, pracuje, żyje normalnym życiem. Mimo ukończonych osiemnastu lat. 76% z nich zakłada własne gospodarstwa domowe, są samodzielni i wiedzą, jak ogarnąć dorosłe życie, bo dostali szansę trenowania normalności w rodzinie.

*

I to jest ta druga rzecz, która uderzyła mnie w tej akcji:

Fabryka Dobra nie zachęca ludzi do pisania do domu dziecka w Dynowie z uprzejmym pytaniem, co w tym domu dziecka robi pięcioletnia Amelka i pięcioletnia Julka (obie proszą o ubrania i piżamę), skoro pięcioletnie dzieci nigdy nie powinny znaleźć się w placówce?

Fabryka dobra nie prosi także, by spytać rady miasta, dlaczego sześcioletnia Ania (lubi rysować szlaczki, prosi o piórnik i worek na buty) znajduje się w placówce podlegającej Dziełu Pomocy Dzieciom Fundacji Ruperta Mayera, choć ustawa mówi wyraźnie: dzieci do 10 rż powinny być umieszczane w rodzinach zastępczych i dostać szansę na swój kapitał społeczny?

Ciekawi mnie też, dlaczego Fabryki Dobra nie ciekawi, czemu w tym samym domu dziecka przebywa trzyletni Maks i dwuipółletni Marcel, których marzeniem życia - jeśli wierzyć listowi - jest wózek spacerowy i łóżeczko ze szczebelkami?
Nie wiem, ilu znacie trzylatków marzących o spacerówce i łóżku, ale pewnie tyle samo, co marzących o pieluchomajtkach (również na liście marzeń).

Równie znamienny wydaje mi się fakt, że o tę pomoc muszą prosić same dzieci. Bo tak jest ładniej. Dzieciom nie można pozwolić ani na chwilę zapomnieć o tym, że są dziećmi z domu dziecka, a nie tak po prostu - dziećmi.

*

O ile dzieło pomocy polegające na zbieraniu spacerówek, ręczników i bluz Adidas jest dość powszechne, o tyle nie ma jakoś inicjatyw zachęcających ludzi do utworzenia masy krytycznej pytającej grzecznie kolejne samorządy o to, co tu się, do jasnej Anielki, odpierdala?

Na przykład:

Szanowny panie starosto, proszę o udzielenie odpowiedzi w trybie dostępu do informacji publicznej, dlaczego okrada pan dzieci z przyszłości umieszczając je w placówkach, zamiast w rodzinach?

Pani prezydent, czemu zgadza się pani na umieszczanie maluchów w placówkach i buduje kolejne? Czy rozumie pani, że instytucjonalizując dzieci za kilkanaście lat wypuści pan w samodzielność młodych dorosłych, którzy będą jeszcze bardziej wykorzenieni, pozbawieni możliwości modelowania w bezpiecznej rodzinie i samotni społecznie?

NGOsy, czemu uczycie dzieci wchodzenia w tożsamość biednych dzieci z biednych biduli i nakręcacie to zjawisko?

Kochany PCPRze, dlaczego w swój Powiatowy Program Rozwoju Pieczy Zastępczej wpisałeś budowę dwóch nowych domów dziecka, a zlewasz fakt, że w powiecie liczącym sto tysięcy mieszkańców masz tylko jedną zawodową rodzinę zastępczą? Ile twój powiat płaci tej rodzinie zawodowej i czemu 2400 zł brutto na śmieciówce? Ile razy ta sprawa stanęła na zarządzie powiatu i dlaczego nigdy?

Drodzy inicjatorzy, z jakiego powodu pokazujecie dzieciom, ze ich krzywda doznana od najbliższych może być świetnym towarem marketingowym, ale nie uprzedzacie, że jego przydatność skończy się wraz z usamodzielnieniem?
Co wtedy zrobicie?
Będziecie towarzyszyć dziewiętnastolatce z nieskończoną branżówką, kiedy wyjdzie z domu dziecka i wróci do meliny?
Czy może przeciwnie - uznacie, że lata kasy inwestowanej w udaną mimikrę powinny ją świetnie wyposażyć do skończenia studiów i założenia jednoosobowej działalności gospodarczej?

*

Wiecie, mówimy o dzieciaku, którego najpierw ktoś umieścił w placówce, a potem znalazł miłych sponsorów kupujących firmowe bluzy i buty, co utrwaliło we wszystkich przekonanie o nieszkodliwości tej sytuacji.
Tylko zapomniał, ze to w żadnym momencie nie było normalne życie.
Takie z płaceniem rachunków, robieniem zakupów w sklepie, modelowaniem w bezpiecznej rodzinie, opieką nad psem, negocjacjami nad rodzinnym budżetem i budowaniem relacji z nowymi bliskimi, ich bliskimi, przyjaciółmi i rodziną.

*

Ten system demoralizuje wszystkich.
To również nie jest odkrywcze.
Takie akcje, niezależnie od ich szlachetnych intencji, utrwalają to, co jest największą zmorą instytucjonalizowanych dzieci: neutralność instytucjonalizacji dzieci.
Za jej efekty zapłacą dorosłe dzieci i całe społeczeństwo.

W tym 32% dorosłych wychowanków, dla których jedyna droga samodzielności oznacza powrót do rodziny biologicznej i powtórzenie schematu, bo dostali wprawdzie siedem firmowych bluz, ale ani jednego dnia życia w bezpiecznej rodzinie.

*

Inicjator tej konkretnej akcji usuwa krytyczne komentarze, aby 'nie zniechęcić sponsorów'.

To może ja napiszę otwartym tekstem: chciałabym serdecznie zniechęcić sponsorów do zostawania drogimi darczyńcami akcji wakacyjnej, zimowiskowej i każdej innej, a zamiast tego poprosić ich o coś innego:

Piszcie listy i maile do samorządów w trybie DiP (dostęp do informacji publicznej, podstawa: art. 2 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej z dnia 6 września 2001 r. (Dz. U. Nr 112, poz. 1198).
Pytajcie o to, co wyżej, a także o inne rzeczy:

- ile rodzin zastępczych pozyskano w ostatnim roku?
- Jaka jest oferta dla tych rodzin?
- Jakie pieniądze zabudżetowano na rozwój rodzicielstwa zastępczego?
-Ile interdyscyplinarnych zespołów składających się z psychiatry, psychologa i pedagoga pracujących dla dzieci w rodzinach zastępczych można byłoby utworzyć za milion, który obecnie jest wydatkowany na utworzenie nowego domu dziecka?

- Ile mieszkań z zasobów powiatu/miasta/gminy zabezpieczono na cel rodzin zastępczych?
- Czy powiat wynajmuje mieszkania na wolnym rynku, aby stworzyć rodzinom zastępczym możliwość wychowywania np. sześciorga dzieci (podpowiedź: rodzinami zastępczymi raczej nie zostają rentierzy, na ogół są to ludzie dysponujący małym mieszkaniem, w którym z trudem mieści się dwoje dzieci)?

*

Bo widzicie, kiedyś musimy utworzyć tę masę krytyczną, do ciężkiej cholery.
Dlaczego my?

A dlaczego nie my? 

Tak wyglądają adopcje w Polsce. Te historie porusz...
Kicia

Podobne wpisy

 

Komentarze

Umieść swój komentarz jako pierwszy!
Masz już konto? Zaloguj się tu
Gość
niedziela, 01 sierpień 2021
Jeśli chcesz się zarejestrować, prosimy wypełnić następujące pola: nazwa użytkownika i imię i nazwisko.

Zdjęcie captcha

By accepting you will be accessing a service provided by a third-party external to https://krajnik.pl/

Przypięte rzeczy
Ostatnia aktywność
  • https://kobieta.wp.pl/adopcje-w-polsce-historie-ktore-poruszaja-6637226162748384a)
    W Polsce jest aż 70 tys. dzieci, które są objęte pieczą zastępczą i większość z nich nie ma szans na adopcję. Są albo zbyt chore, albo za duże. Badania pokazują, że największą szansę na znalezienie domu mają dzieci do 6 r.ż., a sam proces adopcyjny trwa średnio ok. 2 lat. Rozmawiamy o tym z autorką książki "Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce".

    Patrycja Ceglińska-Włodarczyk, WP Kobieta: Jaka refleksja została w pani po napisaniu książki?

    Marta Wroniszewska, autorka książki "Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce": Jeżeli miałabym mówić o wnioskach, nasunęły mi się trzy ważne rzeczy. Po pierwsze potrzebujemy bardzo jasnej definicji pojęcia "dobro dziecka". Sądy i instytucje publiczne kierują się dobrem dziecka, żeby je zabezpieczyć. Dobro dziecka nie jest precyzyjnym terminem i dla każdego to dobro znaczy coś innego. Wydaje mi się, że gdyby była jasna definicja tego sformułowania, łatwiej byłoby ustalić, czego konkretne dziecko potrzebuje.

    Poza tym powinna istnieć taka funkcja jak adwokat dziecka, który będzie o to dobro dbał, jeden Rzecznik Praw Dziecka to za mało. Potrzeba bardziej indywidualnego podejścia. W tym momencie dziecko nawet nie jest wysłuchiwane w sądzie, nikt nie pyta go, czego naprawdę by chciało, czy potrzebowało.

    Trzecią istotną kwestią jest to, żeby dziecko trafiło do środowiska rodzinnego, nie do instytucji. Dziecko powinno obserwować rodzinę, uczyć się prawidłowych wzorów zachowań, aby w przyszłości nie powielać schematów, które być może wyniosło z domu, w którym źle się działo. Bardzo często rodziny, z których pochodzą te dzieciaki, są pokoleniowo niewydolne, bo dominuje alkohol, przemoc. Tak naprawdę można by zabezpieczać te dzieci dużo wcześniej, bo te rodziny są przecież znane opiece społecznej. Kompleksowo, jeszcze przed narodzeniem dziecka, mogłyby być kierowane na terapię czy kursy, aby zapewnić dziecku w przyszłości jak najlepsze warunki do życia.

    W Polsce jest aż 70 tys. dzieci, które są objęte pieczą zastępczą i większość z nich nie ma szans na adopcję. Dlaczego?

    Przede wszystkim dlatego, że mają niewyjaśnioną sytuację prawną albo są tak ciężko chore, że nie są kwalifikowane do adopcji, a przez to skazane na życie w DPS-ach. Póki adopcje zagraniczne były bardziej powszechne, to dzieci z tej drugiej grupy miały większą szansę znaleźć nowy dom. Rząd jednak błędnie założył, że kwalifikowane do adopcji zagranicznej są dzieci zdrowe. Z tego co się zorientowałam, nie jest to prawdą.

    Rzeczywiście próbowano zbadać, co kryje się pod hasłem "dzieci zdrowe". To są często osoby, które nie mają orzeczeń, ale orzeczeń nie mają dzieci z FAS - zespołem alkoholowym, dzieci z RAD – zaburzeniem więzi, czy dzieci z zespołem stresu pourazowego, bo doświadczyły przemocy czy wykorzystania seksualnego… One wszystkie nie mają szansy na adopcję zagraniczną. To wielka szkoda.

    Rodzice biologiczni dostają nieskończoną ilość szans na poprawę.

    Niestety. I oczywiście, rodzicom trzeba dać szansę, bo dla dziecka rodzina jest zawsze najlepszym miejscem do wychowania i życia, ale czasem nie musi to być rodzina biologiczna.

    W tym systemie wszystko idzie wielotorowo. Jest napływ kandydatów, którzy chcieliby zostać rodzicami, a równolegle toczą się sprawy o odebranie praw rodzicielskich, kwalifikuje się dzieci do adopcji. Tym wszystkim zajmują się ośrodki adopcyjne. Przyszli rodzice adopcyjni najczęściej chcą dzieci małe i zdrowe. Dlatego im później dziecko trafi do pieczy zastępczej i im bardziej jest chore, tym mniejszą ma szansę na adopcję.

    W pani książce wypowiada się ekspertka, która organizowała zagraniczne adopcje. Ona wspominała o tym, że często dla dzieci chorych to jest jedyna szansa, aby znaleźć normalną rodzinę.

    Chętnych zza granicy jest sporo, nawet na te dzieci starsze i chore. Adopcje zagraniczne dawały szanse dzieciakom, które nie kwalifikowały się do adopcji w Polsce. Kiedyś były trzy ośrodki adopcyjne odpowiedzialne za adopcje zagraniczne, dzisiaj jest już tylko jeden.

    Adwokatka Ewa Milewska-Celińska, która zorganizowała 106 adopcji zagranicznych, mówiła mi, że czasami miała wrażenie, że to są nasze polskie dzieci i my ich nie oddamy. To jest smutna perspektywa, bo skazujemy te dzieciaki na życie w DPS-ach. Chętnych nie brakuje, a liczba adopcji zagranicznych dramatycznie spada. W 2017 r. to było 98 dzieci, a rok później już tylko 28 – dla porównania w 2013 za granicę trafiło 323 dzieci.

    Czy pary, które decydują się na adopcję, zastanawiają się, czy pokochają adoptowane dziecko tak samo jak biologiczne?

    Nie ma jednej odpowiedzi, bo ile rodzin, tyle przypadków. Z moich rozmów i obserwacji wynika, że czasami to nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Uczymy się siebie, poznajemy się, ta miłość przychodzi z czasem. Ale nie zetknęłam się z sytuacją, żeby rodzice nie pokochali dziecka. Choć to nie zawsze jest łatwa miłość. Niektórym dzieciom trudno tę miłość po prostu przyjąć.

    W książce opisuje pani historię sióstr, które sprawiają wiele problemów rodzicom. Ostatecznie dochodzi do rozwiązania tej rodziny zastępczej.

    Przypadek Zofii i Jana jest dosyć dramatyczny. W ich rozumieniu to jakiś rodzaj porażki, bardzo to przeżywają do dzisiaj. Mają kontakt z dziewczynami, dalej czują się ich rodzicami, są zaangażowani w wychowywanie wnuków, którzy przecież de facto ich wnukami nie są. Dziewczyny właśnie nie umiały przyjąć tej miłości. Kiedy trafiły do rodziny zastępczej, wydawało się, że wszystko będzie dobrze: wszyscy spędzali razem dużo czasu, wyjeżdżali, grali, poświęcali sobie każdą chwilę, dziewczynki chodziły na terapię. Gdy poszły do szkoły podstawowej, rodzice zaczęli dostawać sygnały, że ich córki zachowują się bardzo wulgarnie, posługiwały się językiem rodem z filmów pornograficznych. Z czasem zaczęły się kradzieże, kłamstwa, ucieczki z domu. W zasadzie to się nigdy nie skończyło. Doszły do tego narkotyki.

    Kiedy ta rodzina zwracała się po pomoc, to próbowano przerzucić winę na nich. Zresztą Zofia wyraźnie o tym mówi. Zawsze czuła się winna, nieważne do kogo się zwróciła po pomoc.

    Rodziny zastępcze spotykają się też z niezrozumieniem ze strony społeczeństwa. Jedna z kobiet mówi, że wielokrotnie słyszała komentarze, że dorobi się na 500+.

    To jest historia Adama i Beaty, oni prowadzą rodzinę zastępczą z funkcją pogotowia opiekuńczego. Tam potrafi być nawet kilkanaścioro dzieci – oni mają też dwójkę biologicznych i dwójkę adoptowanych. Oni, jak każda rodzina zastępcza, pełnią w moim poczuciu służebną funkcję w stosunku do rodziców biologicznych. Przejmują wszystkie obowiązki, pracują całą dobę, mają dzieci w różnym wieku. Wstają o 4:30, żeby nakarmić najmłodsze maluchy, starsze trzeba wysłać do szkoły, pójść do lekarza, terapeuty… Proszę sobie wyobrazić zrobienie nawet tak prozaicznych rzeczy jak pranie dla tych kilkunastu osób. Tam pralka chodzi non stop, oni muszą sparować 300 par skarpetek i czekają aż przyjdą do nich wolontariusze, bo oni sami nie mają nawet na to czasu.

    Rodziny zastępcze dostają od państwa 1/3 tego, co dom dziecka. W takich rodzinach zatrudnia się na umowę zlecenie tylko jednego z małżonków, który pobiera minimalne wynagrodzenie. Dostają 500+, zapomogi, ale to jest dwójka dorosłych do kilkunastu dzieci. Adam i Beata dostają też około 1400 zł, żeby zatrudnić osobę, która im pomoże. Ale za takie pieniądze trudno kogokolwiek znaleźć, a już samo utrzymanie dzieci to worek bez dna. Ludzie uciekają po jednym dniu pracy, gdy zobaczą, jak ona jest ciężka.

    Myślę, że aspekt wsparcia finansowego osób z niepełnosprawnością czy rodzin zastępczych wymaga jeszcze naprawy.

    To jest to, co opowiada Wiktoria, która prowadziła rodzinny dom dziecka. Jej nie było stać na nic: na olej opałowy do pieca, nie miała na chleb dla dzieci. Obok jej domu przejeżdżał właściciel piekarni, który zawoził do lasu pieczywo dla dzików. Zorientował się, że ten chleb trzeba dawać im, a nie zwierzętom. Zaczął codziennie przywozić świeże pieczywo. Jej mama również zaangażowała się w pomoc i robiła setki słoików z przetworami, żeby oni mieli co jeść. Wiktoria kupowała zwiędnięte warzywa, jedzenie na wyprzedażach… Jak sama mówi, to było wieczne dziadowanie.

    Jak bohaterowie książki mówią o swojej sytuacji jako dorośli ludzie? Szukali biologicznych rodziców?

    Na przykład Gabriel Jan miał szczęście, że trafił na wspaniałą rodzinę. Oni pokochali się wzajemnie miłością jak z bajki. Jemu to wystarcza. Cała jego przeszłość jest jak szwajcarski ser: nie pamięta wszystkiego, nie do końca wie, co się wydarzyło i opowiada o tym, wciąż mając łzy w oczach. On w ogóle nie chce grzebać w swojej przeszłości. Jest tak wdzięczny rodzinie adopcyjnej, że nie potrzebuje wypełniać tych luk.

    Karina, która również wychowywała się we wspaniałej rodzinie adopcyjnej, bardzo chciała szukać swojej biologicznej rodziny, bo nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Wie, że ma siostrę, która została z matką biologiczną. Karina szuka odpowiedzi na pytanie "dlaczego?", które dominuje nad każdą chwilą jej dnia. Udało jej się odnaleźć matkę biologiczną, ale ta nie jest niestety specjalnie zainteresowana relacją.

    Zdarzają się historie, że rodzina adoptowała dziecko, a potem je oddała?

    Tak, choć na szczęście nie jest wiele takich rodzin. Rafał i Weronika adoptowali chłopca, który został prawie zakatowany przez ojca biologicznego. Dziecko miało silny RAD, czyli zespół zaburzonych więzi. Relacja z tym chłopcem była bardzo trudna, chłopiec – oczywiście zupełnie nieświadomie – destabilizował funkcjonowanie tej rodziny i życie biologicznego potomstwa pary. Czasami chodziło o drobiazgi życia codziennego, które trudno opisać komuś, kto tego nie doświadcza. Są to ciężkie przeżycia dla obu stron.

    Rafał mówił o tym, że tam jest więcej stron, które powinny poczuwać się do odpowiedzialności za takie sytuacje. Trzeba mieć na uwadze, że zarówno to dziecko, jak i rodzice byli przez kogoś kwalifikowani. Potem, gdy dziecko wraca, bo rodzina jest rozwiązywana, to ośrodek adopcyjny przestaje nagle istnieć w kręgu zainteresowanych.

    Rafał z żoną zwracali się o pomoc do ośrodka adopcyjnego, a jednak o tym, że chłopiec ma RAD dowiedzieli się z internetu. Nikt z pracowników nie był świadomy czy może wyedukowany, żeby im tę wiedzę przekazać. Nikt ich do tego nie przygotował, nie wyposażył w narzędzia do obsługi tego dziecka.

    Miłość uleczy wszystkie rany?

    Miłość jest bardzo ważna i bez niej ani rusz. To jest kluczowy składnik, żeby relacja była udana. Ale są też inne niezbędne. Świadomość i bycie gotowym na różne sytuacje. Monika i Wiktor, jedni z bohaterów, bardzo pragnęli dziecka, bo nie mogli mieć biologicznego. Mówią, że podczas szkolenia zostali wypełnieni wiedzą. Natomiast z perspektywy posiadania dziecka ta wiedza okazała się niewystarczająca i niekompletna. Te pytania, które mieli przed adopcją były już nieaktualne i pojawiły się setki nowych. Myślę, że ośrodki adopcyjne powinny lepiej przygotowywać albo jeżeli rodzina do nich wraca z problemem, powinni realnie ten problem rozwiązywać, a nie przerzucać odpowiedzialność. Rafał i jego żona, kiedy zwrócili się po pomoc usłyszeli, że chłopiec się nie chce przytulać, bo jego adopcyjna mama ubiera się na czarno. On się nie przytulał, bo miał RAD. Po takich uwagach można stracić zaufanie do pracowników ośrodka.

    Nie chcę swoją książką zniechęcać do adopcji – wręcz przeciwnie, ale pragnę, aby ludzie byli świadomi i gotowi przyjąć pod swój dach małego człowieka, który nie miał łatwo w życiu. Potrzeba świadomości, że może być happy end, ale może być też trudno. 

    Przeczytaj cały artykuł
    1. Wyświetl post
    0
    0
    0
    0
    0
    0
    Post jest w trakcie moderacji
    Rzecz została pomyślnie opublikowana w strumieniu. Teraz będzie też widoczna.
  • Deszczowo dzisiaj. I tak smutno. Pierwszy Dzień Mamy bez mojej Mamy...
    0
    0
    0
    0
    0
    0
    Post jest w trakcie moderacji
    Rzecz została pomyślnie opublikowana w strumieniu. Teraz będzie też widoczna.
  • Pierwsze jajko naszych kurek - to po prawej. To z lewej dla porównania od dorosłej kury naszej sąsiadki.
    0
    0
    0
    0
    0
    0
    Post jest w trakcie moderacji
    Rzecz została pomyślnie opublikowana w strumieniu. Teraz będzie też widoczna.
  • Burza jest takim dobrym przykładem, że po złych rzeczach nastają piękne. Ta cisza, świerze powietrze i tęcza.
    0
    0
    0
    0
    0
    0
    Post jest w trakcie moderacji
    Rzecz została pomyślnie opublikowana w strumieniu. Teraz będzie też widoczna.
Obecnie brak aktywności

Z bloga

18 kwiecień 2021
Mając swoje dziecko raczej nie zawracamy sobie głowy, że komuś będziemy musieli udowadniać, że to nasze dziecko. No chyba, że jedziemy za granicę to w...
11 kwiecień 2021
Już kiedyś chciałem zrobić taką stronkę ale jakoś to umarło - może jeszcze nie dorosłem wtedy do tego? A może dzieci były jeszcze za małe aby mi w tym...
21 marzec 2021
Najsmutniejsze jest to, że nasi czworonożni przyjaciele odchodzą tak za szybko.  ...